|
Wywiad przeprowadzony przez Piotra Najsztuba z Nergalem w tygodniku " WPROST ", zamieszczony w numerze 15 z 11-17 kwietnia 2011.
Byłem poczwarą
CAŁA POLSKA ŚLEDZIŁA JEGO WALKĘ Z BIAŁACZKĄ, POSZUKIWANIE DAWCY SZPIKU. Już prawie wygrał. Oto pierwsza opowieść Nergala, czyli Adama Darskiego, o tym, co przeżył.
PIOTR NAJSZTUB: Jak się dowiedziałeś, że masz białaczkę?
NERGAL: Powiedział mi to lekarz, bez znieczulenia, bez przygotowania. To był nokaut.
Wiedziałeś wcześniej, co to jest białaczka?
Nie, byłem kompletnym ignorantem. Sam u siebie podejrzewałem jakąś chorobę egzotyczną, strasznie się pociłem, na całej głowie miałem małe guzki, miałem coraz mniej sił. Nigdy, nawet w najbardziej kasandrycznych snach nie wpadłbym na to, że to może być nowotwór . Wylądowałem na oddziale chorób tropikalnych, gdzie zrobili mi wstępne badania. Pojawiły się wstępne diagnozy, ale żaden z lekarzy nie chciał mnie oświecić. Być może obawiali się mojej reakcji...
Że ich przeklniesz?
Na przykład. W każdym razie pierwsze trzy opcje to była gruźlica, chłoniak i HIV.
Muzyk - HIV, to by się zgadzało.
Tak, to idzie w parze z rockandrollowym etosem. Nogi mi się ugięły i czułem, że to nie są przelewki. Później wylądowałem w Akademii Medycznej we Wrzeszczu i na dzień dobry wbili mi rurę do płuc. Okazało się, że mam tam dwa litry wody. Miałem problemy z oddychaniem, a jak wchodziłem do domu, na trzecie piętro, to na każdym półpiętrze musiałem odczekać minutę, dwie, żeby pokonać kolejne kilka schodów. Później się okazało, że nowotwór zaczął się w grasicy i rozlał się na płuca, był dość duży, miał ok. 20-30 centymetrów. Płuca zatrzymywały wodę, dwa dni chodziłem z takim wiadrem przy boku, do którego spływał płyn koloru żółto-czerwonego. Później przyszedł lekarz z wydrukiem diagnozy i mówi, że to białaczka limfoblastyczna. Cios między oczy. Pierwsza reakcja była brutalna: łzy, strach, pięć minut " leżałem na deskach ". Otrząsnąłem się i mówię: "Dobra,OK, co robimy?".
Nie było takiej myśli: "a niech się dzieje, co chce"?
Nie, bez mrugnięcia okiem ściąłem włosy. Zrobiłem sobie wojenną fryzurę na tzw. irokeza i wypowiedziałem chorobie wojnę. Najbliższych znajomych poinformowałem, co się ze mną dzieje.
Jakie były reakcje?
Zdziwienie i szok. Koledzy z zespołu kilka dni wcześniej widzieli mnie po ostatnim koncercie bardzo słabego, nie mogłem mówić, złapać tchu, ledwo stałem na nogach. Zażądali: "Jedziesz do szpitala i póki się nie zbadasz, nie wracaj". Pamiętali, że wcześniej lekko traktowałem swoje zdrowie. I tak lekko potraktowałem tę chorobę, żartowałem sobie od początku na ten temat...
Żarty z własnego pogrzebu?
Oczywiście. Mój ulubiony teraz dowcip, kiedy jestem w publicznych miejscach a a ludzie, widząc mnie po raz pierwszy, robią wielkie oczy, mówię: "Co się dziwisz, trupa nie widziałeś?".
A myśli: "moja choroba jest za karę"?
Nie, to jest schemat myślowy: ukradłem kilogram węgla sześć lat temu, to pewnie teraz mnie kara spotkała.
Obrażałeś Boga katolików.
Na przykład. Pojawiły się te wątki publicznie w stylu: "Wreszcie się doczekałeś". Śmieję się z tego. Nie wierzę w sądy ostateczne, kary boskie, choć jest to być może sympatyczna mitologia, ale generalnie primitywna i obca mi kulturowo. Ja widzę to inaczej: wszystko jest energią, nawet ten kubek stojący
przede mną i my jesteśmy jej częścią. Jesteśmy po prostu częścią Wszechświata i jestem najdalej od tego, żeby wartościować, oceniać. To jest optyka narzucona nam dwa tysiące lat temu. Wulgarna i prymitywna. Mądrość to nie umiejętność powiedzenia, że coś jest dobre, a coś złe, to raczej umiejętność znalezienia odpowiedniego kąta, pod którym patrzysz na rzeczywistość. Chrześcijaństwo zabija kreatywność, narzuca swoją wizję i nie chce słyszeć o tym, co myślisz i czujesz. W szpitalu dostawałem mnóstwo listów, najczęściej od starszych ludzi, całe zbiory świętych cytatów, ksera Pisma Świętego z podkreślonymi fragmentami. Hardcore, mówię ci.
A dlaczego nie zwróciłeś się ku Bogu?
Trzeba go najpierw uznawać.
Można i ze strachu, a skoro na Ciebie czyhała śmierć...
Czyhała. I co? I nic.
Księża próbowali cię nawracać?
Nigdy się nie deklarowałem światopoglądowo w szpitalu, ale z jakiegoś powodu ksiądz, który chodzi po oddziale co tydzień, zawsze omijał moją izolatkę i patrzył spode łba.
Nazwanie twojej choroby to był nokaut. Wstałeś i co dalej?
Mam bardzo analityczny charakter, więc " wszystkie karty na stół i co możemy zrobić". Jak ma wyglądać bitwa? Bo ja nigdy być może wynika to z arogancji albo z ignorancji - nie uznawałem innego scenariusza jak ten, że za kilka miesięcy wyjdę ze szpitala na własnych nogach. Widziałem, że wokół mnie umierają ludzie, widziałem czarne worki, jednego dnia poznawałem faceta, a następnego dnia już go nie było. Ale nie porównywałem swojego przypadku do innych. Trafiłem tam w bardzo dobrej kondycji, bliżej mi było do sportowca niż do rockandrollowego degenerata i lekarze poprostu dostali dobrze działający kawałek mięsa. I już pierwsza dawka sterydów spowodowała, że wszystkie powierzchowne objawy zniknęły po tygodniu i lekarze byli zadowoleni. Zrzucili "napalm" i po pierwszej rundzie chemii w szpiku choroby już nie było. Na dzień dobry byłem pacjentem tak zwanego normalnego ryzyka i to mnie kwalifikowało do tego, że w ogóle nie będę miał przeszczepu. I przez pierwszy miesiąć, dwa, chociaż od razu zaczęliśmy szukać dawcy , żyliśmy w świadomości, że nie będę miał przeszczepu, że kolejne chemie spowodują całkowitą remisję choroby. Bo przyjęcie nowego szpiku wiąże się z ryzykiem . 10-15 proc. to przypadki śmiertelne.
Było dobrze i co się stało?
Te kolejne chemie nie poszły tak świetnie, jak lekarze oczekiwali.
Czułeś się "trupem" po chemiach?
Nie, stosunkowo dobrze je zniosłem, ani razu nie wymiotowałem. Po ierwszej chemii przez trzy dni chodziłem zgięty o 90 stopni. Pacjenci straszyli mnie swoimi historiami... Już nigdy nikogo nie będę słuchał, a o chorobie będę rozmawiał tylko z lekarzami. Ani razu nie zajrzałem do internetu, żeby coś tam sprawdzić.
I zdecydowałeś, że musi być przeszczep?
Tak. Poszukiwania dawcy zaczęliśmy właściwie od razu. Dorota bardzo w to się zaangażowała, dzięki niej poznałem szefową fundacji dawców ,DKMS, Kingę Dubicką, wspaniałą osobę, z którą cały czas byliśmy "na łączach".
Mieliście z Dorotą chwilę wahania, czy robić wielką akcję poszukiwania dawcy szpiku?
Nie, to poszło spontanicznie. Ja nie miałem żadnego pomysłu, byłem w klatce izolatki i choroby. I ona stała się tym kamieniem, który poruszył lawinę. To było niesamowite ! Do dzisiaj dostaję e-maile od ludzi, wciąż zgłaszają się potencjalni dawcy i to jest genialne. Doda zrobiła dla mnie i dla wielu chorych bardzo wiele dobrego. Potrafi mieć wielkie serce. Nie zapomnę tego i nie pozwolę powiedzieć o niej złego słowa.
Gdybyś tego szpiku nie dostał, mogłoby być naprawdę ciężko?
Właśnie, nie. Tak naprawdę decyzję, czy będziesz miał przeszczep, czy nie, podejmujesz ty sam. Dali mi dwie opcje. Jedna była taka, że po naświetlaniach mogłem wyjść jako potencjalnie zdowy człowiek.
Nie było objawów choroby?
W szpiku było zero blastów, czyli tych nowotworowych komórek, a cała reszta nowotworu, który został w płucach, był masą zwęgloną, nieaktywną zupełnie. Naświetlanie było kropką nad "i".
To dlaczego zdecydowałeś się na przeszczep?
Zapytałem, co się może wydarzyć. Gdybym wyszedł w grudniu, to miałem 40 proc.szans, że choroba nie wróci. Za mało dla mnie. A już we wrześniu wiedzieliśmy, że jest trzech dawców w Polsce i mieliśmy kolejnych w Wielkiej Brytanii, w Niemczech, i to takich naprawdę, typ 10 na 10, czyli genetyczni bracia niemalże.
Ciekawy byłeś człowieka, który ma genotyp zgodny z twoim?
Strasznie.
Wiesz, kto to jest?
Wiem, że to młody facet, ale procedury są surowe. Będę mógł go spotkać najwcześniej za rok. Wiem, że wizualnie jest moim kompletnym przeciwieństwem. Poza tym zero alergii, bardzo silny, a to ważne, bo jak przyjmujesz szpik, to w prezencie dostajesz w pakiecie cały jego system immunologiczny. Bo swojego już nie masz, jest wykoszony przez terapię.
Nie miałeś takich podświadomych, metafizycznych obaw, że ze szpikiem dostaniesz, nie tylko system immunologiczny, ale...
Są irracjonalne lęki i są przypadki, kiedy rzeczywiście dzieją się dziwne rzeczy. Ale nie miałem wyboru.
W głowie nie czujesz obcych myśli?
Nie, rzeczy w głowie zmieniają się w zupełnie naturalny sposób. Przewartościowanie życia pod wpływem takiej choroby jest rzeczą normalną. Nawet jestem trochę rozczarowany, bo przeszczep to szansa, jak w grze komputerowej, na drugie życie, czyli na coś nowego, świeżego. Podekscytowany, liczyłem, że rzeczywiście coś takiego się wydarzy, że może zacznę palić papierosy albo polubię wódkę, której nie cierpię. Byłem ciekaw, co dalej, bo człowiek staje się tak naprawdę chimerą. Na pewnym etapie akceptowania nowego szpiku przez organizm masz dwie grupy krwi, co jest niesamowite. W tej chwili mam nową grupę krwi i to jest science fiction. Doświadczenie szalenie inspirujące.
Inspirujące?
Dostałem jakąś nową energię...Od jakiegoś czasu myślę o nowej płycie Behemotha, do niedana miałem coraz częściej dylematy: "jestem tak sformatowany i określony stylistycznie, że aż przewidywalny". Bałem się brać gitarę, bo doskonale wiedziałem, co zagram. A teraz boję się wziąć gitarę do ręki, bo nie wiem, co zagram ! I to jest ekscytujące, i to jest ta inspiracja. Chciałbym, żeby było to coś, co mnie samego zaskoczy.
A jeżeli zaczniesz grać to samo, będziesz rozczarowany?
To wtedy będę się znowu siłował z samym sobą. Artysta ma taką potrzebę, żeby jego utwór był prawdziwym dziełem, a nie tylko produktem. Dobre musi powstawać w bólach. Lubię to przeżywać.
Często w twoich utworach pojawia się słowo "śmierć".
Po słowie "szatan" ono pada najczęściej.
Dzisiaj to słowo znaczy dla ciebie już coś innego?
Nie. O śmierci myślałem nie dalej, jak dzisiaj podczas treningu.
Co o niej myślałeś?
Że koniec mnie nie przeraża, jest częścią życia, jakiegoś cyklu. Jest być może jakimś przejściem, tego nie wiem i nie chcę wiedzieć, wolę być zaskoczony we właściwym momencie. A jeżeli kończy pewien etap, moją fizyczną egzystencję, to niezależnie od tego, co będzie później, nie będzie już mnie. Trudno więc być taką perspektywą przerażonym. Przerażać może co najwyżej samo umieranie, ból...
Jak człowiek z ADHD jak ty czuł się nocami w szpitalu, bezwładny, zamknięty?
30 mililitrów hydroksyzyny i śpisz jak dziecko przez 10 godzin.
Wieści były takie, że w szpitalu przeżywasz jakąś odnowę duchową, dużo czytasz.
Po prostu w prezencie dostałem dużo czasu. Pół roku wcześniej mieszkałem w Warszawie, moje życie płynęło trzy razy szybciej niż w Gdańsku, nie miałem czasu na nic, bo całkowicie pochłaniały mnie sprawy zespołu, nowy związek. To był mocny zakręt w moim życiu. Byłem zaganiany, ale gruncie rzeczy szczęśliwy, zakochany. Ale żadna płyta, żeby miała znaczenie, wartość, nie ma prawa się urodzić z tzw. szczęśliwego życia. Nie chcę wyjść na fatalistę , który sam na siebie ściąga czarne chmury, ale bardzo często najlepsze rzeczy, które pisałem, powstawały nie wtedy, kiedy w moim życiu było jak w Edenie. I w pewnym momencie, to był rok 2010 zacząłem analizować sytuację. Nagrałem płytę "Ewangelion", z której byłem i jestem wciąż szalenie dumny. Myślałem:
"Życie jest genialne, nie muszę myśleć o pieniądzach, mam kobietę, którą kocham, wokół hedonizm i radość, którą czerpię z życia bardziej niż kiedykolwiek". Gitarę omijałem szerokim łukiem, bo zwyczajnie nie miałem takiej potrzeby.
I w tym kontekście choroba była błogosławieństwem?
Nawet nie choroba...Zacząłem obserwować ten 2010r. i ta energia, która mnie otaczała, nagle zaczęła się chwiać. Hiobowe wieści bombardowały mnie z każdej strony. Coraz częściej pojawiały się jakieś kataklizmy, wśród bliskich osób choroby, rozwody, rozstania, było coraz gorzej. Światem muzycznym wstrząsają wiadomości o śmierci ikon gatunku: Peter Steele, Ronnie James Dio itd. Zacząłem myśleć: "To nie jest fajne i najlepiej niech to się skończy najszybciej!". I doszło do tego, że sam zachorowałem.
Katastrofa smoleńska też wpisywała się w ten scenariusz?
Zdecydowanie. Byłem w Australii, siedziałem w kinie w Sydney. Strasznie gówniany film, z nudów zacząłem sprawdzać telefon i w pewnym momencie przychodzi SMS od znajomego, że samolot spadł, prezydent nie żyje i kilkadziesiąt innych osób. To był szok. Mimo że nie byłem fanem człowieka, to był cios. Może więc wyglądać, że moja choroba była dla mnie w pewnym sensie zdefiniowaniem tego fatalnego cyklu.
Cykl już się skończył czy trwa?
Chciałbym myśleć, że gdzieś to zaczyna się wyrównywać, ale nagle ta historia w Japonii tsunami...Patrzę na newsy w telewizji, które wyglądają jak filmowe sceny katastroficznych kinowuch gniotów i myślę sobie, że wcześniej takich rzeczy poprostu nie było. Były kataklizmy, ale nie takie numery, jak z tym wirem, który wciąga statek.
Może to bohater twoich piosenek, szatan...Nie przeszła ci taka myśl przez głowę?
Szatan to piękna literacka metafora. Towarzyszy mi od kilkunastu lat i jest jedną z najważniejszych inspiracji. Antropomorficzny diabeł jest wdzięczny i plastyczny jako postać literacka, ale żeby go od razu czcić? Czczę człowieka i to, co w nim witalne.
Nawet jako dziecko nie miałeś takich pomysłów, że oto ja sam w ciemnym pokoju wezwę szatana? 12-latki czasami mają takie pomysły?
Nie, ja w wieku 12 lat byłem zadeklarowanym katolikiem. I dopiero chyba w wieku 13-14 lat zacząłem kontestować, myśleć po swojemu.
Wróćmy do izolatki w szpitalu. Po tym pierwszym razie, kiedy usłyszałeś "białaczka" i był nokaut, potem zdarzały ci się załamania?
Tak, i nigdy nie udawałem, przed rodziną, przyjaciółmi, przed znajomymi. Jeżeli się czułem podle, to nie odbierałem telefonu przez długie dni, bo zwyczajnie nie miałem sił. Czułem się jak wrak, jak pół człowieka.
Płakałeś wtedy?
Ani razu nie płakałem z bólu, ale łzy pojawiały się w zupełnie nowym kontekście, i to było niesamowite. Jakaś nowa wrażliwość się pojawiła...Mimo, że w środku mojej filozofii życiowej zawsze jest człowiek i jego boski potencjał, to w gruncie rzeczy moja ocena rasy ludzkiej jest dość niska.
Czytałem, że ci się podniosła..
Tak, bo np. nagle się okazało, że cała ta społeczność fanatyków muzyki ekstremalnej, tej z pozoru złej, negatywnej formy sztuki, jak armia stanęła za moimi plecami. I zaczęło się charytatywne koncerty na całym świecie. Regularnie dostawałem jakieś oferty zapomogi finansowej, bo przeciętny Amerykanin
nie wie, że w Polsce służba zdrowia jest za darmo.
Czyli łzy się pojawiały.
Jak czytałem e-maile albo wchodziłem na Facebooka, Myspace, czytałem komentarze od ludzi bardzo często nie związanych ze scenę, to wymiękałem. Mnie to strasznie wzruszało, to człowieczeństwo, współczucie i ich bezgraniczna wiara w powodzenie całej akcji. Oczywiście dostawałem też mnóstwo e-maili w drugą stronę...
Zgiń, szatanie?
O tak! "Wreszcie klownie się doczekałeś", "Zatańczę na twoim pogrzebie", "Naszczam na twój grób". Czytałem i pojawiał się na mojej twarzy wielki, szyderczy uśmiech i taka myśl: "Ku..., niedoczekanie wasze!". One mnie cieszyły, napędzały.
Wcześniej płakałeś na filmach?
Coraz częściej mi się to zdarza, czasem nawet na takich banałach, jak filmy dla dzieci. Jakiś piesek ginie gdzieś na lodzie i po prostu jest już po mnie.
Miałeś momenty rezygnacji?
Nie było takiej opcji. Wciąż szukałem w sobie motywacji do walki, do działania. Czasem lekarze karcili mnie , że jestem zbyt aktywny. Mam leżeć, unikać wysiłku i mam się traktować jak...
Worek?
Dokładnie. A ja właściwie od początku pobytu zacząłem działać - komputer, telefon to były moje narzędzia pracy. Jestem swoim menedżerem, koordynuję wszystkie działania kapeli.
Samotność w szpitalu?
Nie mam problemu z samotnością. Tak jak uwielbiam towarzystwo ludzi, tak samo uwielbiam własne towarzystwo. Nigdy się nie nudzę.
Bo czytając, że Dorota spała czasami u ciebie w szpitalu, na osobnym łóżku, zastanawiałem się, czy to nie wynika z twojego poczucia osamotnienia?
Często wolałem być sam, ale miałem tych strażników, najbliższych ludzi obok siebie, i to też było fajne. Czasem wbrew mojej woli czuwali przy mnie. Rodzice przyjęli straszne ciosy: chemia, leki, izolacja dziecka... Na to nakładała się moja niemożność zrobienia czegokolwiek, odreagowania, więc
czasem chciałem wyskoczyć przez okno, bo już...
Bywałeś wściekły na Dorotę czy rodziców, byłeś nieznośny?
Tak, było kilka takich momentów, ale starałem się kontrolować. Pamiętam taką historię. Była noc, mama przyszła do szpitala, a ja leżę i zdycham na łóżku, mam straszną gorączkę, jestem rozpalony i - powiedzmy sobie szczerze - wyglądam jak gówno. Wchodzi mama Irena, patrzy na mnie, ręce składa jak do modlitwy i mówi: "Boże, jak ty ślicznie wyglądasz". Odpowiadam: "Mamo, wyglądam tragicznie!". Zaczynam się gotować, a ona kontynuuje: "Jaką ty masz piękną cerę", po czym taka pauza i dodaje: "jak marchewka". I to był cios, bo do dzisiaj się z tego śmieję i jak spotykamy się w rodzinie, to hasło "marchewka" powoduje salwy śmiechu.
Postawa Doroty wobec twojej choroby cię zaskoczyła?
Ona się zaangażowała totalnie. Jeżeli cała ta sytuacja jest jak morze, to ona po prostu wskoczyła na najgłębszą wodę, nie łapiąc nawet koła ratunkowego. To
był manifest jej uczucia, co było szalenie dla mnie ważne. To był dla nas cholernie trudny czas i mimo że ciężko było definiować nasze życiowe postawy, to
zobaczyłem w niej heroizm.
Dorota oznaczała też zamieszanie i szum tabloidów wokół twojej osoby. Wcześniej to tolerowałeś, dziś słyszę, że mniej.
Rzeczywiście, moja tolerancja mocno spadła! Ci ludzie nie cofną się przed niczym, żeby zrobić zdjęcie, dopisać do niego wyssaną z palca historię, żeby zarobić parę złotych. Tak było podczas mojego pobytu w szpitalu i tak jest dziś, kiedy dochodzę do siebie. Lud potrzebuje igrzysk, media mają zapewnić rozrywkę, a najlepiej sprzedaje się jatka, więc robią wszystko, żeby lała się krew. Paparazii i tabloidy budzą we mnie wręcz fizyczną agresję. I mają szczęście, że nadal jestem cholernie słaby...
Co jeszcze zmieniła w tobie choroba?
Kilka tygodni po wyjściu ze szpitala jedziemy ze znajomym samochodem i on mówi: ,,Chyba masz lżejszą nogę?".Ja na to : ;;A spieszymy się gdziekolwiek?".Zwolniłem tempo życia. Dwa tygodnie temu wyjeżdżam na skrzyżowaniu i jakiś gość uderzył w mój samochód. Oczywiście, pierwsza reakcja to
wściekłość, ale mija chwila, czekamy na policję i pojawia się szybka refleksja:;; Gdzie ja przed chwilą byłem, co robiłem...".I w tym momencie mam już
uśmiech na twarzy. Myślę sobie :;;Jakie to ma znaczenie? Żadnego ".Przed chorobą żyłem w takim kieracie, że wszystko muszę zrobić sam, bo zrobię to
najlepiej, wszystko muszę zrobić dzisiaj i nie lubię, jak coś czeka do jutra, a jak mam wolne pięć minut, to czy w ciągu tych pięciu minut zdążę jeszcze pojechać do banku coś załatwić. Traktowałem siebie zadaniowo. A teraz...Nie dzisiaj, to jutro, jak nie jutro, to za tydzień, a jak w ogóle tego nie załatwię, to przecież świat się nie zawali. Wcześniej nawet rachunki musiały być zapłacone na czas.
Deathmetalowiec płacący rachunki na czas, świat się kończy! Jesteś zdrowy czy chory?
Zdrowy. Cały czas czułem się zdrowy, inaczej, byłem świadomy tego, że coś we mnie jest, ale ja nigdy nie dałem chorobie zdominować moich myśli. I wbijałem harpuny, czyli był październik, leczenie trwa, ale ja już planuje próby, koncerty, wybiegam myślą rok do przodu.
Czepiałeś się życia.
Tak, bo to daje motywację, światło w tunelu.
Był ktoś, kto próbował przygotować cię na śmierć?
Nie wiem, czy na śmierć, ale przyszła pani psycholog i zrobiła ze mną wywiad, trwał może pół godziny. Powiedziała, że ona nie ma tutaj nic do roboty. Jeżeli pojawiał się temat śmierci, to raczej w kontekście humorystycznym. Zawsze byłem fanem Monty Pythona, więc sobie myślałem „Co by w cyrku zrobili z takim przypadkiem jak ja?".I tyle. Zawsze uważałem, że samo myślenie o sobie, że jest się silnym. Widziałem ostatnio wywiad z Szapołowską i dziennikarz ją zapytał „Pani jest uważana za ikonę piękna, jak pani to wytrzymuje?".A ona mówi: „Wstaję z rana, zero fryzury, zmarszczki, oczy zaspane, wyglądam po prostu źle, bardzo, bardzo źle, spoglądam w lustro i zawsze sobie mówię: jaka ty jesteś piękna! Powtarzam to sobie. Co mówię, to jest".
Spędziłeś w szpitalu prawie sześć mięsięcy. Brak seksu był problemem?
Brak seksu w każdym przypadku jest problemem i nie jest to żadna tajemnica. Okoliczności szpitalne są mało inspirujące w tym temacie, powiedzmy sobie szczerze. Zresztą chemia wywraca do góry nogami całą gospodarkę hormonalną na długie miesiące. Musisz nauczyć się żyć na nowych zasadach. W pewnym momencie w ogóle zapomniałem, że coś takiego jak seks istnieje.
Przestraszyłeś się?
Przestraszyłem się, że tak już zostanie. Zresztą wiele rzeczy mi wtedy odeszło. Jak jestem zdrowy, biorę dwa prysznice dziennie, a w szpitalu bywały tygodnie, że się nie kąpałem. Byłem poczwarą, patrzyłem w lustro i cały czas robiłem zdjęcia, dokumentację swojej twarzy. Tej okrutnej ,ale szalenie ciekawej
metamorfozy.
Wydasz album „Jak zostałem poczwarą?".
Nie, ale to było ciekawe z czysto empirycznego punktu widzienia. Rozmawiałem ze swoimi przyjaciółkami, które mają dzieci, i okazało się, że wiele kobiet miało doświadczenia podobne do moich.
Też się przepoczwarzały?
Tak, kobiety w ciąży często czują się nieatrakcyjne, psycha siada kompletnie, fizyczne dolegliwości, wymioty...Albo patrzysz na siebie i widzisz, że nagle po prostu puchniesz, nie masz zarostu, masz poczucie fizycznego niemowlęctwa, albo starości z jej utratą włosów.
A to, że zakończyłeś związek, też jest elementem przewartościowania po chorobie, czy to osobna sprawa?
Ludzie się doszukują w mojej chorobie źródła zmian w życiu prywatnym, ale tak nie jest. Tak się po prostu stało. Z szacunku dla siebie i dla drugiej strony nie zamierzam tego publicznie komentować.
Boisz się, że choroba wróci?
Myślę czasami o tym, ale nie zakładam takiej opcji, wiem, że wszystko będzie w porządku i w październiku wejdę na scenę i zagram pierwsze koncerty. W tej chorobie statystyki pokazują, że jeśli do roku nie ma nawrotu, to praktycznie zagrożenie mija i tego staram się trzymać.
Czujesz się dzieckiem szczęścia?
Nie chciałbym myśleć, że moje życie jest...
Przypadkowo udane?
Przypadkowo udane. Raczej swoim nastawieniem do świata pokazuje, gdzie jestem, kim jestem, dokąd zamierzam i nie liczę na jakiś promyk światła.
Wywiad przeprowadzony przez Piotra Najsztuba z Nergalem w tygodniku " WPROST ", zamieszczony w numerze 15 z 11-17 kwietnia 2011. |